Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 132 511 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

MÓJ BÓG... MÓJ LEKARZ...

poniedziałek, 10 grudnia 2007 1:30
Skocz do komentarzy

 

 

 

Urodziłam się w rodzinie katolickiej. Ojciec mój w swej młodości zaniechał praktyk religijnych, powodem było zgorszenie z postaw księży. Matka religijność pielęgnowała do końca swoich dni. Ja czynnie praktykowałam religijność do 1950 roku, w którym to roku podjęłam pracę w organach państwowych, gdzie sprawdzano czy uczęszczam do kościoła, czy w torebce przechowuję różaniec lub książeczkę do nabożeństwa (były takie czasy, najmłodsi pewnie nic na ten temat nie wiedzą). W zakładzie pracy musiałam wypełnić deklarację, w której określiłam się jako wolna od praktyk religijnych. Mimo tej deklaracji, częsta twierdziłam: "Z kościoła możecie mnie skreślić, ale Boga z serca nie zabierzecie". Na Święta Bożego Narodzenia (1950 r.) wzięłam ślub z oficerem Milicji Obywatelskiej. Mąż mój, dobry i spokojny człowiek, podzielał moje poglądy o wierze. Pewnego dnia powiedzieliśmy w rozmowie: "Może Bóg problem wiary w przyszłości rozwiąże".

W międzyczasie urodziłam cztery córki. Kłopotów wychowawczych z nimi nie miałam, uczyły się bardzo dobrze. W 1972 roku mąż przeszedł na wcześniejszą emeryturę ze względu na przepracowane lata, miał wówczas 46 lat.

Nadszedł miesiąc lipiec 1972 roku, kiedy w naszym małżeńskim życiu wydarzyła się rzecz nieoczekiwana. Spadło na mnie ciężkie cierpienie i doświadczenie. Jak do tego doszło? Dorabiając do emerytury, mąż hodował norki. Ferma norek znajdowała się 2,5 km od Koszalina, gdzie mieszkaliśmy. Tego dnia w lipcu poszliśmy z mężem nakarmić norki. Mąż dźwignął wannę z karmą i natychmiast opuścił, głośno jęknął i zwinął się w kłębek z bólu. Podbiegłam do niego zobaczyć co się stało. Mąż był blady i nie mógł ruszyć się z miejsca. Ostrożnie posadziłam go na skrzynce i worku z sianem. Sama wybiegłam na szosę, by zatrzymać przejeżdżający samochód, którym chciałam zawieźć męża do domu. Po przywiezieniu męża do domu, natychmiast skontaktowałam się telefonicznie z Polikliniką. W wyniku rozmowy przyjechał do męża lekarz, który stwierdził zatrucie jadem kiełbasianym. Zabrano męża do szpitala, gdzie zrobiono mu płukanie żołądka. Mąż powrócił do domu, jednak bóle nie minęły – stały się intensywniejsze. Ponownie wezwałam pogotowie, inny już lekarz zrobił mężowi zastrzyk i nakazał stawić się do Polikliniki. Wkrótce po odjeździe lekarza, mąż jęcząc okropnie, zaczął pełzać po podłodze z bólu. Znów wezwałam pomoc lekarską, przybył znajomy lekarz, zrobił podwójny zastrzyk i czekał na rezultat działania. W międzyczasie stwierdził, że w organizmie męża jest obce ciało. Zabrał męża do szpitala MSW na prześwietlenie. Pobyt męża w szpitalu trwał do 21 lipca, kiedy ze względu na święto państwowe (było takie) wypisany zastał do domu. Poprawy stanu zdrowia męża jednak nie było. Miał wysoką temperaturę, mimo 18 dni hospitalizacji. Ja w tamtym okresie pracowałam w ZDZ jako nauczyciel zawodu z młodzieżą żeńską. Kontynuowałam studia (zaoczne) w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Zbliżała się sesja egzaminacyjna, musiałam pisać prace zaliczeniowe. Ferma zwierząt futerkowych też zmuszała do codziennych wizyt, by nakarmić zgłodniałe zwierzęta. Po okresie świąt państwowych mąż wrócił do Polikliniki, robiono mężowi wszystko, co możliwe w praktyce medycznej, rezultatów pomyślnych było brak. Pewnego dnia po powrocie ze szpitala wróciłam całkowicie załamana, zrezygnowana, wyczerpana fizycznie i psychicznie. Pomocy żadnej nie mogłam oczekiwać, dwie starsze córki poza domem (studiowały) – Romualda w Poznaniu, Lidia w Szczecinie – młodsze w szkole podstawowej. Byłam osamotniana i w skrajnej rozpaczy. Myślałam, że nie wytrzymam. Do różnych zajęć dochodziła ferma norek, musiałam wozić im karmę i picie. Pamiętam, jak jednego dnia wyjechałam rowerem z domu na fermę. Z naprzeciwka wąską szosą pędziły ciężarówki z piachem. Dla mnie nie było miejsca na szosie, krzyknęłam tylko: "O Boże" i nie wiem jak znalazłam się w rowie. Karmę miałam rozsypaną, picie wylane, skórę na kolanach poobcieraną, z żalem pomyślałam... "czemu nie zginęłam?". W tych trudnych chwilach wspierali mnie rodzice, którzy zaproponowali, by leczyć Józika prywatnie, u znajomego lekarza, który wyraził na to zgodę. Lekarz ten zrobił mężowi operację, wyjął kamień z nerki. Rokowania były niepomyślne, lekarz stwierdził: "To już trochę za późno, organizm mąż ma wycieńczony, nie wiem czy wytrzyma". Po kilku dniach usłyszałam jeszcze gorsze wieści – stan męża jest beznadziejny! Chwytałam się wszystkiego, by mąż żył, chciałam helikopterem zawieźć go do Warszawy, myślałam, że może będzie lepsza pomoc. Koszalińscy lekarze byli jednomyślni, z lotu nic nie będzie, chory nie doleci. Lekarze wyjaśnili mi, że oprócz kamieni, mąż ma wewnętrzne gnicie i rana pooperacyjna się nie goi. Odwiedzałam męża codziennie i patrzyłam jak uchodzi z niego życie. Pewnego wieczoru po powrocie z fermy zmęczona przykucnęłam na wersalce, by trochę odpocząć i... wyraźnie usłyszałam głos: "Ratuj, bo umrze". Odpowiedziałam: "Mój Boże, oprócz lekarzy leczących Józika, nie ma lepszych w Koszalinie". Głos powiedział: "Zapomniałaś o najważniejszym lekarzu".

Rozmyślając o tym dialogu, stawiłam się do szpitala, gdzie oznajmiono mi, że ostatnie badania męża potwierdziły stały rozwój komórek rakowych, a więc już żadnych szans na życie dla męża nie ma. Odparłam lekarzom, że "taką diagnozę stawia pan doktor, ale nie Pan Bóg". Lekarz mi na to, że zostałam wezwana, by wyrazić zgodę na jeszcze jedną operację, która choremu nie pomoże, ale jest potrzebna do celów naukowych. "Naukowiec" był natarczywy. W końcu stwierdził: "Czy się pani zgodzi, czy nie, ja i tak otworzę jamę brzuszną męża". Po takim oświadczeniu udałam się do dyrektora Polikliniki. Wspomnę, że ostatnie lata przed emeryturą, mąż mój był zastępcą tego dyrektora. Ten zgodził się na niezrobienie operacji mężowi, ale stan zdrowia męża skwitował: "Jemu już nic i nikt nie pomoże". Zapytałam dyrektora: "To do kogo mam iść po pomoc?". Ironiczna odpowiedź brzmiała: "Może pani iść do samego Boga, a i tak nic nie pomoże". Odparłam, poprzez lejące się łzy: "Niech pan wie, że pójdę do Pana Boga i On mi z pewnością pomoże". Dyrektor zarechotał nieprzyjemnie śmiechem, a ja wybiegłam z gabinetu. Liczyłam jeszcze na ludzi, więc poszłam do sekretarza partii po pomoc, ale i tu jej nie otrzymałam. W tej sytuacji, przypominając sobie naukę biblijną, podjęłam post. Wiedziałam, że Jezus pościł 40 dób, ja postanowiłam poście 4 doby w intencji męża, by Bóg go uzdrowił. Gorąco modliłam się do Boga, a lekarze... zaniechali ratowania męża. Powodem był, ich zdaniem, beznadziejny stan. Pamiętam, był czwartek 6 października 1974 roku, u męża w szpitalu byłam między gadzinami 14 a 17, przyglądałam się jego sylwetce. On mnie nie poznawał, majaczył, miał 40°C gorączki, pokarmu nie przyjmował, strasznie śmierdział. Pielęgniarka zwilżała mu usta mokrym tamponem z waty. Jaki okropny widok przedstawiał Józik, leżący w separatce, żółty i wyschnięty na wiór. Po wyjściu ze szpitala poszłam, w ciemną już noc, leśną drogą do nie karmionych zwierząt. Gdy nakarmiłam zwierzęta, byłam tak zmęczona, że postanowiłam nocować przy nich. Rankiem miałam znów być w szpitalu. Józik miał mieć trzecią operację, tę która była potrzebna do prac naukowych, która, z punktu widzenia lekarzy, w niczym nie mogła pomóc. Wyczerpanie i apatia spowodowały, że powiedziałam do siebie: "Niech się dzieje wola Boża, niech Pan Bóg zadecyduje, jak ma być". Przebywając w nocy między klatkami zwierząt, nie miałam gdzie głowy skłonić. Spuściłam z uwięzi psa wilczura, a sama chodząc między klatkami zaczęłam się modlić.

Chodząc przy klatkach zobaczyłam stado szczuróu. Ogarnął mnie strach, chwyciłam wiadro ze starą, zeschłą karmą i zaczęłam rzucać w szczury. Powstał jeden wielki pisk, a rzucana karma była w mig zjadana, właśnie strach spowodował, że jeszcze głośniej wołałam do Boga. Wyciągnęłam ręce do nieba, padłam na kolana, a moje słowa, skierowane do Pana nieba i ziemi, brzmiały: "Panie Jezu! Byłeś człowiekiem, uzdrawiałeś chorych, czyniłeś cuda, dla Ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. Boże, Ty wiesz, co lekarze chcą zrobić Józikowi, ja już nic nie mogę. Jeśli Ty, Panie, jesteś naprawdę żywym Bogiem, to proszę Cię, uzdrów mego męża. Uzdrów go, Boże, żeby przekonać lekarzy, że Ty wszystko możesz. Niech wszyscy ludzie wiedzą, że Ty Panie i dzisiaj leczysz. A dla mnie będzie to dowód, że istniejesz naprawdę". Myślałam w tym momencie, że obiegowa "prawda" mówi według filozofii marksistowskiej, że Boga nie ma. To człowiek stworzył dla siebie Boga. Chodząc znów się modliłam, rozmyślałam, byłam pewna, że Bóg istnieje. Wiedziałam, że jestem bardzo grzesznym człowiekiem. Pamiętałam, że do kościoła nie chodziłam, ślubu kościelnego nie brałam, dzieci nie chrzciłam, przecież postępowałam jak ateistka. Targana skrajnościami myśli, błagałam Boga o pomoc. Byłam zrozpaczona i wówczas Pan Jezus Chrystus objawił mi się w widzeniu – mogłam Go zobaczyć. Krzyknęłam: "To Ty Panie Jezu przyszedłeś? Słyszałeś i widziałeś Panie moją rozpacz i beznadziejność! Przyszedłeś do mnie, grzesznej istoty, przecież jestem najbardziej grzesznym człowiekiem". W tym momencie ujrzałam siebie zupełnie malutką, kiedy byłam dwuletnią dziewczynką, topiłam się w bagnie. Mama w ostatniej chwili udzieliła mi pomocy. Ludzie mówili, że miałam szczęście. Pan Jezus powiedział: "To nie szczęście, to Ja cię wybawiłem". Potem ujrzałam, jak byłam nieco większą dziewczynką, gdy znalazłam się na rogach dużego buhaja, trzymając się za jego rogi. Ludzie znów mówili – miała szczęście. A Pan w widzeniu oświadczył mi: "Ja cię ochroniłem". Zobaczyłam, jak z moim małym bratem spaliśmy na torze kolejowym, między szynami – gdy pociąg przejechał nad nami. Znowu ludzie mówili, że to cud. A to nie był cud, tylko Pan powiedział: "Chroniłem was". Gdy miałam 6,5 roku, upadłam do rzeki Niemen, nurt wody porwał mnie. Zostałam wyratowana, ludzie – jak to ludzie, znowu zwalili to na szczęście. A Pan, przypominając to zdarzenie, upewnił mnie o Swojej opiece. Kiedy podrosłam, pewnym wieczorem w wigilię spotkałam się z wielkim wilkiem samotnikiem. Po traktowałam go, jak psa sąsiadów. Dałam mu z ręki chleb z masłem, który jadłam. Wilk pozwolił mi swobodnie wrócić do domu. I gdy chciałam mu dać więcej chleba, ojciec zauważył wilka i nie puścił mnie na podwórze. Pamiętam, jak ojciec powiedział: "Dziecko, ty to masz szczęście". A Pan Jezus, przypominając to zdarzenie, zwrócił moją uwagę na Jego ochronę w tamtej chwili. Gdy miałam dziesięć lat i wracałam do domu z oddalonej o 6 km szkoły, w lesie obstąpiło mnie stado wilków. Ja sobie spokojnie szłam z wilkami i śpiewałam im piosenki. Tak doszłam aż do ogrodzenia domu. Po wejściu do mieszkania wzięłam kostki pozostałe po robionej galarecie i wyniosłam wilkom. Gdy zobaczył to mój ojciec, zaczął krzyczeć: "Uciekaj, to wilki". I znowu niby szczęście, a to Pan ochraniał. Zobaczyłam, jak chowając się podczas wojny w lesie przed Niemcami, by mnie nie zabrali, nocowałam z krową i owcami. W nocy przyszedł wilk, stanął przy mnie, a potem położył się obok i przeleżał z nami do rana. Teraz Pan Jezus oznajmił mi: "To Ja temu wilkowi kazałem strzec ciebie i twojego dobytku".

W wizji zobaczyłam, jak w nocy do domu wtargnęli bandyci i rabowali, co się tylko dało. Rodzicom i nas – dzieci – postawili pod ścianą, straszyli, że nas zastrzelą. Ja wówczas podeszłam do herszta bandy i powiedziałam: "Dziadzia! Dlaczego przyszedłeś do biedaków, a nie poszedłeś do bogaczy?". Po moich słowach bandyci wyszli z mieszkania, nie zabierając przygotowanych do wyniesienia sprzętów. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że obrabowali inny dom, w którym nikogo żywego nie zostawili. Tu znów Pan Jezus powiedział: "To Ja was ochroniłem". Ujrzałam też obrazek z życia, gdy oboje z bratem, na stacji Niemen, schowaliśmy się przed rozgniewanym i pijanym ojcem, który chciał nas bezlitośnie bić. Wleźliśmy pod stos długich sosen i dębowych bali. Te poruszone bale zaczęły się toczyć i przelatywały nad nami. Ludzie patrząc, krzyczeli: "To jakiś cud", że bale nie zgniotły dzieci. A to nie cud, tylko Boża ochrona.

Jako osiemnastoletnia dziewczyna, pracowałam w Szczecinie. Pewnego razu późno skończyłam pracę, tramwaje już nie jeździły. I wówczas spostrzegli mnie stacjonujący tam żołnierze rosyjscy, zaczęli mnie gonić. Uciekłam co tchu do centrum miasta, wpadłam do jakiejś bramy i pognałam na piętro domu. Waliłam ze strachu do pierwszych drzwi. Otworzył mi mężczyzna i słabą polszczyzną zapytał co chcę. Powiedziałam: "Rosjanie mnie gonią". Mężczyzna ów wciągnął mnie do mieszkania i zamknął drzwi wejściowe na klucz, który schował do kieszeni, następnie powiedział: "Ładna jesteś, wpadłaś jak śliwka w kompot". Z płaczem prosiłam, żeby mnie wypuścił. O dziwo, zrobił to i przy wyjściu powiedział: "Niech ci Bóg pomaga i strzeże".

Gdy doszłam do lasku arkońskiego, zobaczyłam Rosjan – moich prześladowców, jak gwałcili i zamordowali młodą kobietę niemiecką. I tak ujrzałam cały swój życiorys, po czym zobaczyłam ogromną, czarną, bez dna przepaść i siebie stojącą na krawędzi tej przepaści. Usłyszałam słowa: "Będziesz tam, jeśli Mi nie zaufasz". Odpowiedziałam: "Panie Jezu, chcę i będę Ci ufać do końca moich dni. Niech będzie wola Twoja, rozporządzaj mną Panie i moim życiem według swego upodobania". Następnie powiedziałam: "Panie Jezu, pójdź ze mną do szpitala, niech Cię zobaczy mój mąż. Panie i spraw, żeby on wyzdrowiał". Odpowiedź brzmiała: "Kocham ludzi, oprócz Mnie nie ma Boga, czytaj Moje Słowo, a znajdziesz wszystko". Byłam pełna radości i odwagi, ośmieliłam się powiedzieć: "Panie, jeśli Ty go uzdrowisz, niech mąż zatelefonuje do mnie o 7-mej rano (na godz. 8.00 musiałam iść do pracy). Niech Józik powie: "To ja dzwonię, wszystko jest w porządku, rana się zagoiła, operacji nie będzie!". Ogarnęła mnie wielka radość, biegałam po zagrodzie szczęśliwa. Chciałam wszystkim krzyczeć: BÓG ISTNIEJE! W serce moje wstąpił błogi spokój, pewność, znikł lęk. Resztę nocy spędziłam na kolanach do białego dnia. Potem Bóg powiedział: "Idź do domu, bo nikt nie odbierze telefonu. Nie bój się, tylko wierz, a stanie się to, czego tak bardzo chcesz!". Podziękowałam Panu, zamknęłam zagrodę i pobiegłam do domu.

Gdy przybiegłam do domu, dzieci jeszcze spały, usiadłam na wersalce i zasnęłam. Potem usłyszałam głos budzący: "Wstawaj, bo już czas". Wstałam, czułam się wypoczęta, swobodna, pełna radości. Spojrzałam na zegar – była 6.00 rano. Klęknęłam, podziękowałam Panu Jezusowi za wszystko i zaczęłam robić śniadania dzieciom, następnie przejrzałam plan zajęć, jaki czekał mnie w pracy. I w tym momencie zadzwonił telefon, na zegarze była punkt 7-ma rano. Podniosłam słuchawkę, a w słuchawce głos mojego męża: "To ja dzwonię, wszystko w porządku, rana się zagoiła, operacji nie będzie". Krzyknęłam do słuchawki: "Chwała Bogu! To Jego zasługa". Teraz ogarnął mnie szał radości, biegałam po pokoju i krzyczałam z radości. Z góry zbiegli moi rodzice, stanęli w drzwiach myśląc, że Józik umarł i rozpaczam. A ja krzyczałam: "Nie umarł! Bóg go uzdrowił". Śniadania już nie jadłam, dzieci poszły do szkoły, a ja do pracy.

Wpadłam do pokoju nauczycielskiego i krzyczałam: "Cud się stał! Bóg uzdrowił mojego męża, z beznadziejnego stanu uzdrowił go tej nocy". Grono nauczycielskie pokiwało głowami z ironią, każdy brał dziennik lekcyjny i szedł na lekcję. Do mnie zwróciła się kierowniczka: "To dobrze, że mąż twój wyzdrowiał, ale dziś masz wizytację, wizytator czeka na ciebie – czy jesteś gotowa?". Odpowiedziałam, że tak. Gdy kierowniczka przedstawiła mnie wizytatorowi z kuratorium, niemal rzuciłam mu się na szyję, oznajmiając, że mój mąż żyje. Wizytator powiedział: "Pani Jadwigo, proszę młodzież puścić do domu, zadając tylko pracę domową. Przyjdę na wizytację innym razem". Zrobiłam, jak nakazał wizytator i pobiegłam do szpitala. Wpadłam na salę nr 5, patrzę, a Józik siedzi na łóżku, rumiany, wesoły, uśmiechnięty. Przywitałam się z nim i pytam, czy to prawda co mówiłeś przez telefon? Mąż po twierdził wszystko w pełni. Mężczyźni leżący z mężem na sali powiedzieli: "Mąż pani krzyczał co miał sił w nocy, jego słowa brzmiały: "Święty, Święty Pan, Bóg Zastępów!". Następnie mąż spytał mnie, czy nie będę się śmiała, gdy mi coś opowie – odparłam, że nie. Wówczas mąż opowiedział, jak w nocy spotkał się z Jezusem, jak został uzdrowiony. Jedyne, co wówczas mogłam powiedzieć, to: "Chwała Panu Bogu, On naprawdę istnieje". Następnie opowiedziałam swoje przeżycia na zagrodzie. Mąż pilnie słuchał, razem z chorymi, będącymi z nim na sali. Opowiadałam o pewności w realność Boga. Spytałam męża, jak odnieśli się lekarze na ewidentny cud uzdrowienia. Okazało się, że część lekarzy potwierdziła jawny cud, inni zbagatelizowali ów fakt, mówiąc: "Ze strachu przed kolejną operacją wziął i wyzdrowiał". Przerwał kpiny ordynator, który stwierdził: "Proszę nie szydzić! Tu stało się coś, czego człowiek nie jest w stanie wytłumaczyć i naukowo rzecz ta jest niezrozumiała". Potem mąż musiał przejść dokładne badania, potwierdzające całkowity powrót do zdrowia. Ciesząc się razem z mężem i całą rodziną z powrotu męża do zdrowia, cieszyliśmy się ze spotkania z Bogiem. Wiarę naszą Bóg wzmacniał i gruntował, poznaliśmy br. Dmytrzaków, którzy służyli nam swoją wiedzą i poznaniem Boga.

Drodzy Czytelnicy, tym świadectwem chciałam Was pobudzić do większej ufności Bogu. Pamiętajcie, że z niemożliwych sytuacji wyprowadza Pan Jezus Chrystus. Chwała Mu!

Razem z mężem i br. Dmytrzakami mieszkamy nadal w Koszalinie. Każdemu osobiście możemy zaświadczyć o macy Bożej. Staramy się pracować dla Boga, br. Dmytrzak pisze broszury chrześcijańskie, mój mąż tłumaczy na język polski ciekawe i budujące wydawnictwa chrześcijańskie, ja z siostrą Dmytrzakową składamy świadectwa. Dzięki Bogu.

Jadwiga Szaulińska

Podziel się
oceń
0
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 20 sierpnia 2014 12:01

    Ciekawy blog!

    autor Cyryl

    blog: http://www.guanxian.info/web/comment/html/?600.html

  • dodano: 04 czerwca 2014 15:21

    Kapitalna strona!

    autor Darek

    blog: matt-blast.pl/piaskarki/

  • dodano: 20 września 2011 9:12

    To ja dziękuję za taki komentarz.. Alleluja!!! Pan jest dobry!!! Amen!!!

    autor krysia

    blog: www.tylkojezus.bloog.pl

  • dodano: 20 września 2011 0:36

    Ja wiem ze Jezus Zyje.
    tylko czasami mam chwile slabosci , wtedy przydaja sie takie swiadectwa , dziekuje Bog Zaplac

    autor Cherokee77

    blog: cukiernik

  • dodano: 08 maja 2009 0:58

    Kochani !!!

    Jezus zyje wlasnie w takich BEZNADZIEJNYCH przypadkach i dowiadujemy sie o jego sile. Moja historie opisze pozniej a teraz pozdrawiam wszystkich , ktorzy wierza a szczegolnie tych , ktorzy nawet nie watpia tylko zdecydowanie neguja istnienie BOGA ..... czytajcie i miejcie oczy do patrzenia.....

    autor opel

  • dodano: 10 lutego 2009 16:26

    dr Dariusz Jaklewicz - słuchajcie - historia prawdzaiwa Bylam umówiona do gastrologa w enel medzie na wizyte. Czekam na korytarzu, a przez szczelione w oknie widze, jak moj lekarz dłubie w nochalu i wcina gluty. Myslałam, ze sie porzygam i juz prawie zrezygnowalam z wizyty, gdyby nie to ze chcialam od niego tylko nowa recepte na leki.

    A feee, wstyd panie doktorze:(
    Marza

    autor marza

    blog: lekarz

  • dodano: 18 grudnia 2008 15:12

    Amen Znalezisko! Amen!!!

    autor krysia

    blog: www.tylkojezus.bloog.pl

  • dodano: 17 grudnia 2008 23:36

    Dziękuję. Mojego męża też uzdrowiłJezus. Niech będzie pochwalony ten Pan zielonooki.

    autor Znalezisko

  • dodano: 15 grudnia 2007 19:09

    No, to juz wiem. :) dziękuje za odpowiedź. :)

    autor Ewa

    blog: www.markomanka.blog.onet.pl

  • dodano: 15 grudnia 2007 19:08

    No, to juz wiem. :) dziękuje za odpowiedź. :)

    autor Ewa

    blog: www.markomanka.blog.onet.pl

  • dodano: 15 grudnia 2007 6:12

    Ciekawa notka.......pozdrawiam

    autor Magda

    blog: www.blogoslawieni-i-swieci.bloog.pl

  • dodano: 15 grudnia 2007 6:09

    INTERESUJąCE OPOWIADANIE.....POZDRAWIAM

    autor ELżBIETA

    blog: www.wybrane-wiersze.bloog.pl

  • dodano: 14 grudnia 2007 17:36

    Nienaruszona! Bardzo ważna jest ufność ale ja czasami nie mam siły na zaufanie a On i tak posyła swoje Słowo i podnosi mnie... Pozdrawiam...

    Ewa! każdy ma wybór ... uwierzyć albo nie... i w tym Bóg nam dał wolna wolę... Pozdrawiam cieplutko...

    Izydoro! Ja Ciebie też serdecznie ściskam...

    Nienaruszona! Nie mam pojęcia co to za duch...

    Ewuniu! jestem chrześcijanką a w sercu zielonoświątkowiec....

    Palko! Tak. Masz rację... Wystarczy mieć wiarę jak ziarnko gorczycy... Pozdrawiam Cię serdecznie...

    Nirvana! Błogosławię Cię na nowej drodze życia... i witam Cie w królestwie Ojca naszego niebieskiego...

    autor krysia

    blog: www.tylkojezus.bloog.pl

  • dodano: 14 grudnia 2007 8:24

    po prostu piękne świadectwo:) kiedyś też bym napisała, że nie wierzę w objawienia i znaki, ale wszystko się zmieniło... cieszę się, że On mnie wybrał i choć nie wiem, co jeszcze mnie czeka, wiem, że to przetrwam, bo On jest ze mną:) Alleluja!!!:)))))

    autor Nirvana

    blog: luvjesus.blog.onet.pl

  • dodano: 13 grudnia 2007 22:24

    Gdybyśmy mieli wiarę jak ziarnko gorczycy...
    pozdrawiam

    autor polin91

    blog: palka.bloog.pl

  • dodano: 13 grudnia 2007 19:25

    Witam!
    dziękuję za odwiedziny i za odpowiedź na mój komentarz.
    Mam pytanie: jakiego dokładnie jest Pani wyznania?

    Pozdrawiam bardzo serdecznie!

    autor Ewa

    blog: www.markomanka.blog.onet.pl

  • dodano: 13 grudnia 2007 13:46

    aha... i chciałam zapytać... np ukazuje się dla człowieka duch... cały w krwi... co to oznacza? kim on jest?

    autor ...Nienaruszona...

    blog: www.nienaruszona.blog4u.pl

  • dodano: 12 grudnia 2007 20:08

    Krysiu pieknie jak zawsze pozdrawiam i sle uścicki

    autor izydora

    blog: izydora-adam.blog.onet.pl

  • dodano: 12 grudnia 2007 17:40

    NIe wiem czemu Pani opowieść wydaje mi się nieco podkoloryzowana... Wierzę w uzdrownienie Pani męża, ale nie wierzę w te wszystkie szczególne widzenia i znaki...

    autor Ewa

    blog: www.markomanka.blog.onet.pl

  • dodano: 12 grudnia 2007 17:03

    Czasem czuje się jak rozbite szkło, jak rozdarte ubranie, jak połamane ciasteczko... Wtedy z ufnością, że On mnie wysłucha proszę Go o ocalenie... Ocalam się... Nie za to, że stoję na kolanach i dniem i nocą proszę, ale za to, że ufam... I gdy ufam, wystarczy tylko jednej krótkiej modlitwy... Pan mnie wysłuchuje.. Gdyby każdy ufał, napewno byłby wysłuchany.
    Pozrawiam i ściskam!

    autor ...Nienaruszona...

    blog: www.nienaruszona.blog4u.pl

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

piątek, 19 grudnia 2014

Licznik odwiedzin:  242 860  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Ten blog chciałabym zatytuować "Cuda Boże dzisiaj", ponieważ zamieszczam tu świadectwa różnych ludzi o Bożej ingerencji w ich prywatne życie... Są to naprawdę różnorakie historie i publikuję je tu dla...

więcej...

Ten blog chciałabym zatytuować "Cuda Boże dzisiaj", ponieważ zamieszczam tu świadectwa różnych ludzi o Bożej ingerencji w ich prywatne życie... Są to naprawdę różnorakie historie i publikuję je tu dlatego abyści mogli przekonać się, że Bóg nie ma względu na osobę i jest Mu miły każdy człowiek.. Mam na celu jeszcze to aby was zachęcić do oddawania spraw swoich w ręce Boga, bo dla Niego nie ma zbyt trudnych lub zbyt błachych spraw, których On sam nie mógłby załatwić.. Życzę przyjemnego czytania.. Bardzo proszę abyście nie wpisywali żadnych obraźliwych uwag, nie ważne pod czyim adresem. Szanujmy się nawzajem, bo nie ma człowieka bez belki w oku a co siejemy, to zawsze kiedyś, będziemy musieli zebrać. Niech Was Bóg obficie błogosławi!!!

schowaj...

O mnie

Na imię mam Krysia. Mieszkam w Australii w Adelaide. Pragnieniem mego serca jest opowiadać wszystkim o Jezusie, o Bogu, który może zmienić życie każdego człowieka, który może wybaczyć człowiekowi wszelki grzech i który może dać nam życie wieczne z Bogiem.. Jezus zmienił też moje życie.. O tym co Jezus uczynił w moim życiu możecie przeczytać w kategoriach MÓJ PORTRET.
Zapraszam!

Mój e-mail adres:
krysiafijolek@yahoo.com.au

Statystyki

Odwiedziny: 242860
Wpisy
  • liczba: 174
  • komentarze: 2792
Bloog istnieje od: 2803 dni

Lubię to